Foster Alan Dean - Przeklęci Tom 02 - Krzywe Zwierciadło - Rozdział 02

    Mdły blask przedświtu zapowiedział rychły początek dnia i wszystkie pięć drużyn zgromadziło się wkoło Kouuada na ostatnią odprawę.

    - Nie muszę wam mówić, jak bardzo dumny jestem z waszych dotychczasowych osiągnięć - zaczął po ojcowsku instruktor. - Zrobiliście więcej, niż oczekiwałem. Niż spodziewali się po was wasi rodzice czy koledzy. Szczególnie cieszą mnie dokonania tych, którzy uszli ze spustoszonego Housilat. Wiem, że ciążyło wam to dodatkowe brzemię. Już niedługo otrzymacie szansę wyrównania rachunków. Pamiętajcie o tym podczas egzaminu. - Spojrzał po kolei wszystkim w oczy. - Niech wam się wiedzie. Zróbcie, co w waszej mocy. Jakkolwiek rzecz się skończy, będę tu na was czekał.

    Grupa zachowała milczenie, póki instruktor nie znalazł się poza zasięgiem głosu. Kouuad zachował się jak zwykle: kilka konkretnych zdań, żadnej czułostkowości czy pompy, tak częstej u innych belfrów. Zresztą, pluton nie potrzebował zachęty. Ich atutem był trening. Randżi był pewien, że nie zawiodą starszego pana.

    Ostateczny wymarsz na pozycje nie mógł się jednak obejść bez pewnego zadęcia. Stanęli przed południową bramą. Po drugiej stronie Labiryntu zgromadzili się niewątpliwie konkurenci.

    Randżi nie zwracał uwagi na przemowy i ostatnie pouczenia. Tak jak wszyscy, znał dobrze wszystkie punkty regulaminu. Kadeci czujnie spoglądali wokół, chociaż egzamin jeszcze się nie zaczął.

    Właśnie, egzamin. Mimo napięcia Randżi nie zapominał, że to tylko ćwiczenia, wstęp do prawdziwej walki. Ostatni próg. Potem poleje się krew.

    Oficjele nie dawali za wygraną, każdy miał coś do powiedzenia, więc po pewnym czasie kadeci zajęli się dyskretnie ćwiczeniami, mającymi uchronić rozgrzane mięśnie od zastania.

    Szczególnie wiele serca wkładała w nie drużyna Kossinzy, która, jako najszybsza, miała pełnić rolę szpicy, mierzącej prosto w sztab nieprzyjaciela. Zawsze istniała szansa, że uda się ominąć wrogie czujki i zakończyć walkę nagłym atakiem. Ryzykowna strategia, ale kiedyś już się udało. Trzeba było tylko już przy pierwszej próbie znaleźć najkrótszą drogę przez Labirynt.

    Reszta miała poruszać się wolniej i ostrożniej, jednak również agresywnie. Kouuad wpoił im, że najlepszą obroną jest atak. Randżi wiedział dobrze, iż przywiązywanie zbytniej wagi do defensywy kończy się zazwyczaj klęską.

    Do walki ruszali bez marszowej muzyki, bez syren i fanfar. Przewodniczący komisji skinął tylko ręką, dowódcy odpowiedzieli podobnym gestem i skierowali się do Labiryntu.

    W środku pluton zaraz rozdzielił się na drużyny. Randżi i jego podwładni wbiegli truchcikiem na łagodnie pofalowaną pustynię. Zrobiło się upalnie. Niedobrze. Randżi nie lubił walki wśród wydm. Kadeci natychmiast dostosowali wyposażenie do panujących wkoło warunków, nastawili odpowiednie wzory kamuflażu na mundurach.

    Spod diun wystawały rdzawe złomy piaskowca, po prawej widniało niewielkie jeziorko, zasilane niegdyś strumieniem, obecnie wyschniętym. Sztuczny krajobraz uzupełniały rozrzucone z rzadka kępki nieznanej roślinności. Randżi przypomniał kolegom, by je omijać: Labirynt był środowiskiem wrogim i należało oczekiwać pułapek.

    Drużyny czwarta i druga przemykały pod ścianami, reszta posuwała się środkiem. Wprawdzie małe były szansę, by przeciwnik zdołał już teraz przeniknąć aż tak daleko, ale nie wolno ryzykować. Ostatecznie ci z Kizzmat jakoś zapracowali na swoją reputację.

    Drużyna Randżiego przypadła w pustym korycie potoczku. Pod jego osłoną ruszyli na pomoc. Dowódca zastanowił się przelotnie, jak też radzi sobie drużyna Kossinzy, która na samym początku zniknęła w innej odnodze labiryntu. Spojrzał na naręczny komunikator, ale go nie włączył; urządzenie pozwalało na łączność tylko w obrębie poszczególnych rejonów Labiryntu. Rozdzielenie sił zwiększało szansę na skuteczny atak, ale utrudniało koordynację działań i zdolność obrony sztabu. Praktyka dowodziła, że żadna ze skrajności nie popłacała. Pięć działających osobno drużyn łatwo było ogarnąć, zwarty zaś pluton nietrudno było obejść.

    Ale mniejsza z tym. Siilpaanie przygotowani byli na wszystko. Większość swoich sukcesów zawdzięczali właśnie elastycznej strategii.

    Prawie cały dzień minął, nim pokonali pustynię, wieczór zaś przyniósł kilka niespodzianek.

    Lśniące ściany zwęziły się we wrota, za którymi coś bielało. Nie wapień czy kreda, ale lód i śnieg. Znów trzeba było przestrajać wyposażenie.

    Za przejściem temperatura opadała raptownie; padający śnieg znacznie ograniczał widoczność. Zerwał się wiatr. Po niebie ciągnęły ciemne chmury.

    Randżi uśmiechnął się pod nosem. Plotki nie kłamały; Labirynt rzeczywiście uprzykrzał im życie, jak mógł. Różne warunki klimatyczne oznaczały konieczność zmiany taktyki, kolejne wyzwanie. No i utrudnienie, szczególnie w przypadku konieczności rozbicia obozu. Kilka dni w tundrze daje w kość o wiele bardziej niż tydzień spędzony w zwykłym lesie.

    Następnie trafili na żwirową pustynię, po której biegały różne drobne stworzenia. Tutaj dopadło ich oberwanie chmury, które przemoczyło wszystkich i popsuło im humory.

    Ale wciąż nie dostrzegli żadnego śladu przeciwnika.

    Drużyna czwarta penetrowała inną okolicę i nie było z nią łączności. Bliżej buszująca dwójka nie zniknęła jednak z fonii.

    Nagle zaroiło się w powietrzu od kolorowych smug promienników. Randżi zapomniał z miejsca o Kossinzy i nakazał wszystkim szukać ukrycia. Sam przypadł za najbliższym krzakiem. Nie mógł nadziwić się szybkości Kizzmatów. Owszem, powtarzano mu do znudzenia, jaki to ruchliwy przeciwnik, ale żeby już teraz był aż tak daleko... Po samej sile ognia trudno było ocenić, jak wielką liczbą stanął im na drodze. Najpewniej więcej niż jedną drużyną, ale mniej niż trzema. Ich strzelcy wciąż próbowali wyszukiwać cele.

    Szybkie meldunki pozwoliły ustalić, że oddział Randżiego miał dwóch lżej "rannych", ale żadnego "poległego". To znaczyło, iż są wciąż w komplecie i że przeciwnik raczej kiepsko strzela. Albo nie oczekiwał spotkania tak wcześnie. Po chwili przyszedł meldunek od drużyny numer dwa, która również nie odniosła znaczących strat. Nie było tak źle.

    - Chyba ich zaskoczyliśmy - mruknął przez radio Biraczii.

    - I nawzajem - Randżi szepnął do mikrofonu. - Nie wyrywać się do przodu. Musimy wypracować dobre pozycje do wzajemnej osłony.

    - Przyjąłem. Ilu może ich być?

    - Jedna do trzech drużyn.

    - Też tak myślę. Jesteśmy u stóp wzgórza. Spróbuję obejść je od zachodu. Oczekują pewnie, że wejdziemy na szczyt.

    - Nie licz na to. W ogóle na nic nie licz. Uważajcie na siebie. Biraczii tylko warknął. Randżi się uśmiechnął.

    - Nie marnowali czasu - mruknął Tourmast-eir, usiłując przeniknąć gęste zarośla lornetą. - Na głowy przodków, szybcy są.

    - Mam nadzieję, że to samo myślą teraz o nas - powiedział ktoś. - Gdyby tak teraz weszli nam pod lufy...

    - Ciekawe, czy zdołali przejść większą połać Labiryntu niż my? - zaczął jeszcze inny głos.

    Randżiemu to się nie podobało. Nie tak winni myśleć jego podkomendni.

    - Nikt nie jest szybszy od nas - warknął. Sam w to nie wierzył, ale i nie musiał. Ważne, żeby wierzyli w to jego ludzie.

    - Przyjąłem - mruknął leżący na brzuchu Tourmast-eir i pokazał w prawo. - Może dałoby się ich obejść?

    - Nie. - Randżi powstrzymał przyjaciela, kładąc mu dłoń na łydce. - Tego właśnie po nas oczekują. Liczą na to i są gotowi.

    - No, to co? Jeśli i tak jesteśmy szybsi... - zauważył Winun.

    - A jeśli zdarzy się inaczej i wleziemy w pułapkę? Chcesz już teraz dostać w dupę, Win?

    - Więc co robimy, Randżi?

    - Ich reputacja jest nie gorsza od naszej. Kiedy tylko dowiedziałem się, że właśnie oni będą naszymi ostatnimi przeciwnikami, zastanawiałem się, jaki na nich znaleźć sposób. Możemy zapomnieć o starych sztuczkach. To nie ślamazary i Goriiavy. Tu trzeba czegoś zupełnie nowego.

    - Może i tak - zgodził się Winun. - Ale przecież nie możemy tylko tu siedzieć i czekać, aż nas okrążą.

    - A gdybyśmy tak wycofali się i poczekali na nich w pierwszym rejonie, aż wyjdą z zadymki? Będą chyba oślepieni i...

    - Dobry pomysł, tylko terenu nie zdobywa się przez odwrót Poza tym taki manewr różnie się może skończyć. Poczekajmy, aż pierwsi zaczną się wycofywać, wtedy możemy odpowiedzieć podobnie, ale dopiero wówczas.

    Drużyna Biracziiego wciąż odpowiadała ogniem na ostrzał, tutaj jednak panowała cisza. Ciekawe. Randżi wysłał Tourmasta na bliski zwiad.

    - Strzelają na zachodzie - powiedział tamten po powrocie - ale przed nami żywego ducha. Randżi się zastanowił.

    - Zatem zajęli się dwójką... Albo też reszta przypadła z przodu i czeka, aż się ruszymy. - Spojrzał na towarzyszy. Napotkał pełne oczekiwania oczy.

    - Idziemy. Bez obchodzenia, prosto przed siebie i zwartą grupą. Jeśli wszyscy ostrzeliwują dwójkę, to powinno nam się udać. W przeciwnym razie chcę, byśmy byli możliwie jak najmniejszym celem, gdy spróbujemy przedostać się do następnego rejonu. Kindżow-uiv, ty idziesz w awangardzie.

    Dziewczyna przytaknęła. Miała wspaniały refleks, więc powinna skutecznie powstrzymać ewentualną napaść.

    - Strzelać tylko wtedy, gdy będziecie mieli pewność trafienia - Randżi przepuścił Tourmasta przodem i popełzł zaraz za nim.

    Na dłoniach miał grube rękawice, jednakże żwir poranił mu szybko policzki. Zatęsknił za drobnym piaskiem prawdziwej pustyni, ale gracze nie mieli żadnej kontroli nad środowiskami Labiryntu. Cóż, pola walki się nie wybiera. Ani tutaj, ani w prawdziwym boju.

    Podeszwy butów z przodu znieruchomiały.

    - Widzę ich - szepnął Tourmast. - Trzech... nie, czterech. Nie patrzą w naszą stronę. Wszyscy prażą do dwójki. - Chwila ciszy. - Mam jednego! - dobiegło z komunikatora.

    Skoro drużyna Biracziiego faktycznie przyciągnęła bez reszty uwagę nieprzyjaciela, trzeba to było wykorzystać. Po pierwsze, mieli sposobność, by bez nadstawiania karku wyeliminować przynajmiej kilku przeciwników. Tylko głupi by nie skorzystał.

    Właśnie. Tylko głupi.

    Wszystko to wyglądało aż za ładnie. Jeśli przeciwnik naprawdę był tak bystry, jak głosiła plotka, to raczej nie popełniłby tak trywialnego błędu, jak rzucenie wszystkich sił do ataku i kompletne odsłonięcie tyłów. A to znaczyło, że...

    - Ruszaj dalej... nie zwalniaj!

    - Ale...

    - Pomyśl! - syknął Randżi. - Oni sądzą, że pójdziemy teraz na pomoc Biracziiemu. Ale jego drużyna siedzi w takim miejscu, że nawet otoczona będzie mogła się bronić. Zresztą, nawet jak ich dopadną, to my mamy szansę wniknąć spokojnie dalej w Labirynt. A to ostatnie jest naszym celem zasadniczym. Ruszamy.

    Zostawiając po lewej przebłyski ognia, zatrzymali się dopiero przy przejściu do następnej sekcji. Teren pełen był gęstej roślinności, pobłyskującej mgliście zza kurtyny ulewnego deszczu.

    - Biegiem i w lewo.

    Zgięci wpół dopadli portalu.

    Niemal w tej samej chwili wpadli na drużynę niezmiernie zdumionych Kizzmatów, którzy okopywali się właśnie zaraz za przejściem.

    Byli tak zajęci i pewni swego, że nie wystawili nawet straży, W panice odrzucili gałęzie, które służyły im jako narzędzia, i sięgnęli po broń.

    W gwałtownej wymianie ognia Randżi "stracił" dwoje ludzi, ale cała piątka nieprzyjaciół została ostatecznie wyeliminowana. Spojrzał na ponurego dowódcę Kizzmatów. Młodzieniec był wyższy i bardziej muskularny niż Randżi.

    - Dobrzy jesteście - mruknął tamten niechętnie, siedząc na kawałku skały, gdzie został "zabity". - Naprawdę dobrzy. - Uśmiechnął się krzywo. - Ale nie szkodzi. I tak zwyciężymy.

    Jakby na potwierdzenie tych słów z komunikatora dobyły się krzyki i przekleństwa.

    - Biraczii! - zawołał Randżi. - Co się dzieje?

    - Są za nami! - rozległ się zdyszany głos. - Byli tam cały czas, zanim jeszcze zaczęła się strzelanina. Chcieli ogarnąć jak najwięcej nas jeszcze przed atakiem. Oni...

    Głos ucichł.

    - Biraczii! Melduj! - zażądał Randżi. - Ktokolwiek z dwójki!

    Odpowiedziała mu tylko cisza.

    Przeciwnik spojrzał wymownie na Randżiego.

    - Wszyscy załatwieni.

    Randżi opuścił powoli komunikator i skierował oczy na tamtego.

    - No, to jesteśmy po równo. Twoi wzięli jedną naszą drużynę, my mamy was.

    - Za cenę czterdziestu procent własnych sił - zaznaczył przeciwnik, wskazując na parę "ustrzelonych" żołnierzy Randżiego.

    - Przecież nie wiesz, ilu twoich oberwało przy tamtym ataku. Nasze siły w tej części Labiryntu pewnie wciąż są równe.

    - Nie sądzę. Bo widzisz, my jesteśmy tu wszyscy.

    - O czym ty mówisz?

    - Wszyscy. Dwadzieścia pięć osób. Nie rozdzielaliśmy się, tylko zwartą grupą jak najszybciej ruszyliśmy wam na spotkanie. Uznaliśmy, że wy rozproszycie siły, żeby spróbować różnych przejść. W takiej sytuacji przy każdym spotkaniu bylibyśmy górą.

    - Nikt już tak nie walczy - mruknął Tourmast. - To za łatwe.

    - Właśnie. Dlatego uznaliśmy, że tego nie będziecie się spodziewać.

    - Ale związani walką w tym jednym rejonie, nie moglibyście pilnować innych naszych drużyn, dążących do waszego sztabu - stwierdził Randżi.

    - Owszem, ale teraz to już nie ma znaczenia. Sami niczego nie zdziałacie, a reszta waszych sił jest z tyłu. Przegraliście.

    - W prawdziwej walce moglibyśmy uderzyć na was z ciężkim sprzętem.

    - Pewnie, ale to nie jest prawdziwa walka. Mamy tylko te pukawki - podniósł swój pistolet, obecnie nieczynny, jak u wszystkich "poległych". - Taktyka musi być elastyczna... - Spojrzał znów na Randżiego. - Po dotychczasowym tempie marszu oceniam, że moi ludzie są już w połowie drogi do waszego sztabu, a może i dalej. I nie macie tam nikogo, kto mógłby ich powstrzymać. Jesteście szybcy, ale nie aż tak. Reszta waszych drużyn posuwa się w kierunku naszego sztabu, ale idzie wolno, oczekując oporu. Nie wiedzą, że nikogo nie napotkają; wszyscy jesteśmy tutaj.

    - Znaczy, że wasz sztab został bez obrony.

    - Chyba, że was okłamuję - mruknął tamten z rozbawieniem. - Czy chcecie budować waszą strategię opierając się na słowach "denata"? Zresztą, sądząc po twojej nerwowej reakcji, dotarliśmy o wiele dalej niż do połowy drogi. W życiu nie zdążycie pierwsi. Zresztą, powiedzmy, że zostawiliście nawet drużynę na straży. Moich będzie dziesięciu do piętnastu, przygniotą twoich liczebnie. Już tego nie zmienisz. Nie traćcie czasu; poddajcie się już teraz. - Przeciwnik się przeciągnął. - Im szybciej wrócimy i siądziemy do stołu, tym mniej będzie nas to wszystko kosztować.

    - Wybij sobie z głowy takie pomysły - warknął Tourmast.

    - Niech tam - mruknął rozczarowany "denat". - Męczcie się, jak chcecie. Randżi już chciał odejść, ale się zawahał.

    - Skąd możesz mieć pewność, że twoi dotrą do naszego sztabu pierwsi? A może to nie jest najkrótsza droga przez Labirynt; może przyjdzie błądzić wam przez całe dni? Przeciwnik ułożył się wygodnie i splótł dłonie pod głową.

    - Ale to jest najkrótsza droga. Bo widzisz, sześć dni temu wcisnęliśmy łapówkę gościowi z komitetu i dostaliśmy mapę.

    Wstrząśnięty Randżi zauważył, że tamten wyjawia oszustwo bez cienia skruchy czy wstydu.

    - Ale w ten sposób skazaliście się na dyskwalifikację!

    - Tak myślisz? Egzamin ma jak najwierniej oddawać warunki prawdziwej walki, a to znaczy, że dostępne są wszelkie środki, z wyłączeniem fizycznego uszkodzenia przeciwnika, rzecz jasna. W regulaminach nie ma nic o łapówkach. A w najgorszym razie przyjdzie nam powtórzyć wszystko w nowym Labiryncie. Ale osobiście sądzę, że pochwalą nas za inicjatywę. Nauczycielom to zwisa. Ich interesuje tylko wygrana. Dobrze wiesz, że zawsze tak było.

    Randżi odszedł na bok, aby naradzić się z towarzyszami.

    - On może mówić prawdę - zaczął Winun. - Mają nad nami wielką przewagę.

    - Nie dziwota, że poszli całym plutonem - mruknął Tourmast. - Sędziom to się nie spodoba.

    - Jeśli ten gość ma rację, to jurorów nie interesują metody, tylko rezultat.

    - Sam nie wiem - warknął Randżi. - Gdybyśmy mogli nawiązać łączność z jedynką i piątką, pchnęlibyśmy ich do walki, ale to wymaga penetracji iluś sekcji. Nie ma dość czasu. Skoro ludzie Biracziiego zostali wyłączeni, przeciwnik dojdzie do celu, zanim my złapiemy naszych. - Spojrzał gdzieś w górę. - Ale jeśli oni sięgnęli po niekonwencjonalne metody, to my też możemy.

    - Co masz na myśli?

    - Wszyscy mają noże?

    Jego towarzysze sprawdzili wyposażenie. U pasów zwisały im szerokie noże, mające pomagać w marszu przez dżunglę, w obronie przed zwierzyną i budowie szałasów.

    - Idziemy do następnej sekcji. Oczy mieć wkoło głowy. Ten tam rzeczywiście mógł kłamać.

    Zostawili pokonanych przeciwników na miejscu potyczki, skąd zabrać miały ich specjalne ekipy, ale dopiero po zakończeniu rozgrywki.

    - Jeśli ich jest piętnastu czy dwudziestu w jednej grupie i skoro wiedzą dokładnie, gdzie iść, to czemu marnujemy czas? - spytał Tourmast ze złością i rąbnął w nisko zwisającą gałąź. - I tak pozostaje nam tylko liczyć na uczciwość sędziów.

    - Liczę tylko na siebie - warknął Randżi. W następnej sekcji rósł pełen zimnej mgły las. Randżi krążył wśród drzew, aż znalazł właściwe.

    - Wyciągać noże - rozkazał i zrobił trzy znaki na pniu. - Ciąć tutaj i tutaj. Każdy ze swojej strony.

    - A po co nam barykada? - spytał Winun, ale zabrał się do pracy.

    - Nie budujemy barykady. - Spod ostrzy termonoży dobyły się smużki dymu. - Robić, co mówię.

    Drzewo wkrótce runęło i oparło się o ścianę Labiryntu. Randżi schował nóż i zaczął się wspinać.

    - Nie możesz, Randżi. To też będzie oszustwo.

    Dowódca spojrzał w dół.

    - Jeśli oni zaczęli, to niech będzie po równo. Idziecie, czy nie?

    Tourmast i Winun wymienili spojrzenia, a w końcu ten drugi ruszył po pniu. Towarzysz za nim.

    Na szczycie było akurat dość miejsca, by postawić stopę. Dziwne wrażenie. Jeśli nie miało się lęku wysokości i potrafiło zachować równowagę, dawało się po takim murze wędrować.

    Poniżej po prawej rozciągał się ponury las, ginący w dali u stóp sztucznej bariery klimatycznej. Po lewej toczył ciężkie fale słony ocean. Całe szczęście, że nie próbowali wejść do tej sekcji. Jakby przyszło spadać z muru, to też lepiej lądować gdzieś po prawej. Parę połamanych kości to i tak nic wobec perspektywy utonięcia.

    Cała trójka była w wyśmienitej kondycji, zatem bez trudu pobiegła wąską granią muru na północ.

    Z góry wszystko wyglądało tak prosto. Przeszkody, które normalnie blokowałyby drogę, teraz tylko migały im w oczach i momentalnie zostawały z tyłu.

    W pewnej chwili dojrzeli przekradającą się między niskimi krzakami grupkę w znajomej formacji pentagramu. Randżi poznał drużynę Gdżiann, chciał nawet do niej zawołać, ale uświadomił sobie, że dziewczyna i tak go nie usłyszy. Sekcje były dźwiekoszczelne, by nie dopuścić do ewentualnych pogawędek przez mury. Pozostało biec dalej.

    Mijali kolejne części Labiryntu, aż Randżi nakazał postój. Pod nimi rozciągało się rozległe pole, porośnięte złocistym zbożem.

    Odczyty instrumentów wskazywały jednoznacznie, że gdzieś tutaj, w tej właśnie sekcji mieści się sztab przeciwnika. Dotarli na drugą stronę, w pobliże północnego wejścia. Dostrzeżone w dali światełka uświadomiły im, że centrala Kizzmatów jest wciąż aktywna; powyżej łopotał obcy sztandar.

    Przed sztabem stało dwóch starszych rangą sędziów. Rozmawiali od niechcenia i nie dostrzegli trójki przycupniętych na murze kadetów, ale też żadnemu z nich nie wpadło do głowy, by podnieść wzrok.

    - Gość nie kłamał - mruknął Tourmast. - Nie widzę żadnych obrońców.

    - Ale mogli zostawić jakieś pułapki - dodał Randżi.

    I rzeczywiście: wokół sztabu rozciągał się półkolem zamaskowany rów. Randżi musiał oddać przeciwnikowi, że robota została wykonana fachowo. Nikt wędrujący zbożem nie miał prawa dostrzec pułapki. Potencjalny intruz raczej rzuciłby się do celu, byle tylko jak najrychlej przycisnąć guzik i ogłosić własną Wiktorię. I wylądowałby w paści. Cały pluton musiał przed wymarszem pracować tu jak szalony. No tak, skoro znali drogę, mieli czas na podobne przygotowania.

    Ponieważ reguły zabraniały ranienia przeciwnika, na dnie nie było zapewne żadnych pali czy innych niespodzianek. Rów musiał być na tyle głęboki, by nie dawać szansy samodzielnego wspięcia się na górę.

    - No, proszę - powiedział Winun. - Biegnie od ściany do ściany i jest za szeroki, by go przeskoczyć. Gdyby drużyna Kossinzy doszła aż tutaj i tak stanęłaby bezradna przed samym celem.

    Randżi przytaknął w milczeniu.

    - Nie ma tu żadnych drzew, żadnego materiału na most. Nic dziwnego, że "poległy" był tak pewien swego. Myślał, że nie znajdziemy sposobu na ich sztuczki.

    Winun pokiwał ponuro głową.

    - Bo i nie znajdziemy. Nic sensownego nie przychodzi mi do głowy.

    - No, to zacznij kombinować bez sensu.

    Tourmast zmarszczył czoło.

    - Nie ma drzew, niczego nie ma, tylko zboże. Może powiesz, jak stąd zejdziemy?

    - Szybko - mruknął Randżi i spojrzał w zamgloną dal Labiryntu. Bez wątpienia przeciwnik musiał dochodzić do ich własnego sztabu.

    Ściany Labiryntu były zbyt gładkie nawet dla owada i idealnie pionowe. Randżi wstał i spojrzał na towarzyszy.

    - Siadaj okrakiem, Winun. Spuścicie mnie na dół.

    - Żadne takie, Randżi - stwierdził Tourmast, oceniając wysokość. - Nawet w finale nie przyznaje się punktów za połamane nogi.

    - To co, mamy siedzieć na tej grzędzie do uśmiechniętej śmierci?

    Przyklęknął, uchwycił jak najmocniej krawędź i zaczął się opuszczać. Obaj jego towarzysze ścisnęli mur udami i łokciami, każdy złapał Randżiego za jeden nadgarstek. Zawsze to jeszcze z pół metra mniej do przelecenia. W tejże chwili jeden z sędziów dostrzegł całą trójkę. Już dla samego widoku oblicza bezgranicznie zdumionego arbitra warto było pokonać taką drogę. Nawet gdyby impreza miała skończyć się dyskwalifikacją.

    Randżi zamknął oczy, rozluźnił mięśnie i gdy był już gotowy, kazał przyjaciołom rozluźnić dłonie.

    Spadał całą wieczność. Ugiął kolana przy lądowaniu, ale i tak impet cisnął go na bok.

    Gdy chciał się podnieść, lewa noga zapłonęła żywym ogniem. Nie wiedział, czy była złamana, czy tylko skręcona; tak czy tak nie chciała go nosić. Podpełzł do ściany i wsparty o nią zaczął kuśtykać do celu. Oszołomiony bólem, ledwo co widział.

    Towarzysze opuścili go już za wykopem, zatem jedyną przeszkodą była własna słabość. Wiedział, że obaj muszą zagrzewać go z góry, ale nie słyszał niczego; bariera akustyczna tłumiła wszelkie dźwięki.

    Dwóch sędziów zastygło w bezruchu przy wejściu do Labiryntu. Randżi słyszał ludzi nadbiegających z zewnątrz, ale mroczki tańczyły mu przed oczami i nie potrafił nikogo z nich rozpoznać. Ledwie kilka okrzyków przerwało pełną oczekiwania ciszę.

    Zebrał siły, aby nie upaść. Wiedział, że teraz wszystko zależy tylko od niego. Pozostała dwójka nie dałaby rady zeskoczyć cało z muru.

    Zastanowił się przelotnie, ile czasu da mu jeszcze przeciwnik, i przymierzył się otwartą dłonią do przycisku. Musiał trafić za pierwszym razem, narastająca słabość bowiem mogła nie pozwolić na drugą próbę.

    Jak się później okazało, wyprzedził konkurentów o niecałe cztery minuty.



Strona główna     Indeks